Od kiedy z końcem lat 80. Jacek Pelc przestał być "etatowym" perkusistą w zespołach Jarka Śmietany, chyba tylko jeden raz miałem sposobność słuchać jego gry na żywo. Częste ostatnio występy bydgoskiego jazzmana w krakowskim Jazz Clubie "U Muniaka" umożliwiły mi ponowny kontakt z tym muzykiem i jego twórczością. Jacek prowadzi obecnie własne akustyczne trio, z którym nagrał pierwszą autorską płytę, komponuje, dąży do wypracowania własnego stylu gry i jak sam twierdzi, jest na początku nowej drogi w swym artystycznym rozwoju. O swych doświadczeniach, dokonaniach i planach na przyszłość opowiedział mi oczywiście w klubie przy Floriańskiej.
Jazz Forum: Słuchając twoich ostatnich koncertów odniosłem wrażenie, że bardzo się zmieniłeś jako perkusista. W zespołach Śmietany, z którym współpracowałeś przez wiele lat, grałeś raczej funkowo. Teraz przeistoczyłeś się w bopera.
JACEK PELC: Zmieniłem się z całą pewnością, ale zawsze byłem perkusistą jazzowym. Z Jarkiem rzeczywiście grałem bardziej funky. Taka była wtedy moda. Odnosi się to zresztą do zespołu Sounds, bo z Extra Ballem graliśmy przecież zupełnie inaczej. Staram się być otwarty na to, co dzieje się w muzyce, dużo słucham - nie tylko jazzu, ale również muzyki klasycznej, współczesnej. Lubię każdą dobrą muzykę. Jakbym miał dobry pomysł na kapelę rockową - np. w stylu Billy Cobham`a - to bym spróbował pograć w tym stylu. Nie ma w tym nic złego, jeżeli zachowany jest odpowiedni poziom. Uważam natomiast, że nie powinno się mylić gatunków muzycznych. Tak samo jak nie wolno mylić kiperowi wina czerwonego z białym, muzyk fachowiec nie może wkładać wszystkiego do jednego wora. A często jest tak, że muzykę, którą trudno gdzieś zakwalifikować pakuje się "w jazz". Na przykład Mike Stern, Spyro Gyra, Yellow Jackets nie grają jazzu. Ich muzyka jest bardzo dobra, ale to nie jest jazz.
JF: Jak trafiłeś do Extra Ballu?
JP: W czasach gdy studiowałem w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, grywałem czasem z zespołem studenckim koncerty w Krakowie. Kiedyś usłyszał mnie Jarek Śmietana i zaproponował współpracę z Extra Ballem. Było to w `81 r. Dzięki Jarkowi poznałem takich tuzów polskiej sceny jazzowej jak Janusz Muniak, Jan Ptaszyn Wróblewski czy Zbigniew Namysłowski. Koncertowałem również z Andrzejem Zauchą... W latach 1984 - 85 grałem w zespole o nazwie Namysłowski - Śmietana Band, a po rozwiązaniu tej formacji powstał zespół Sounds z Ptaszynem, w miejsce którego przyszedł Piotr Baron.
JF: Byłeś wtedy popularny, zajmowałeś czołowe pozycje w plebiscytach JAZZ FORUM na muzyka roku.
JP: No, może niezupełnie czołowe. Błąkałem się gdzieś w okolicach czwartego miejsca, ale zespół Sounds rzeczywiście był topowy. Ciekawe, że wysoko klasyfikowany byłem w kategorii instrumentów perkusyjnych, na których zagrałem dość przypadkowo w Symphonic Sound Orchestra. Potem mi się to już nie zdarzało!
JF: Z Jarkiem grałeś bardzo długo, tworzyliście zgraną parę...
JP: W zespołach Jarka panowała świetna, kumpelska atmosfera, byliśmy dobrze zorganizowani. Ułatwiało nam to wyjazdy na trasy koncertowe. Graliśmy razem do 1991 r. włącznie i w końcu przyszedł czas się rozstać. Nie było to jednak spowodowane jakimiś nieporozumieniami, a z Jarkiem przyjaźnimy się i grywamy do dzisiaj. Jarek poszedł w swoją stronę, a efekty wszyscy znamy! Ja zaś zacząłem działać w środowisku bydgoskim. Udało mi się "wyciągnąć" doskonałego moim zdaniem pianistę Krzysztofa Herdzina i gitarzystę basowego Grzegorza Nadolnego. Stworzyliśmy trio. Korzystając z 11 lat grania z Jarkiem nie robiłem niczego w ciemno i ruszyłem z zespołem dość sprawnie. Rok temu zrobiliśmy na poły domowym sposobem kasetę demo, którą zaprezentowaliśmy Janowi Borkowskiemu. Ten, gdy dowiedział się, że nie mamy zamiaru od razu się rozlecieć, tylko chcemy utrzymać stabilny skład, zaproponował nam nagrania dla radiowej Trójki. Z Krzyśkiem i Grzesiem graliśmy praktycznie w całej Polsce, a koncerty na ogół się podobały. Na jeden koncert w Bydgoszczy zmontowałem kwintet, ale względy czysto ekonomiczne przemawiają jednak za mniejszym składem.
JF: Niedawno krakowska wytwórnia GOWI Records wydała płytę nagraną przez twoje City Jazz Trio.
JP: To moja pierwsza autorska płyta. Utworzenie zespołu zmobilizowało mnie do komponowania - czym dawniej zajmowałem się bardzo rzadko - i na płycie znalazły się moje cztery kompozycje. Część utworów gra Grzesiek, część Antoni Dębski. Tak słyszałem tę muzykę - do kilku numerów pasowała gitara basowa, do pozostałych odpowiedni był kontrabas. Z Dębskim grywam już od wielu lat. Akurat kiedy zbliżała się sesja nagraniowa koncertowałem z Muniakiem i z Dębskim. Ponieważ bardzo zdolny kontrabasista, student Akademii Muzycznej w Katowicach Tomek Kupiec, z którym normalnie występuję, akurat wtedy nie mógł do nas dołączyć - wziąłem Antka. I nie pomyliłem się - zagrał bez pudła. Moje utwory nakierowane są na wykorzystanie brzmieniowych niuansów, modelowanie czasu i przestrzeni. Koncepcja była taka, żeby momentami grać rockowo - oczywiście ze wzbogaconą harmonią. W połączeniu z akustycznym dźwiękiem fortepianu chciałem uzyskać w ten sposób własny klimat.
Już zacząłem pracować nad swoją następną płytą - tym razem w nieco większym składzie z udziałem Brada Terry grającego na klarnecie i gwiżdżącego, Krzyśka Herdzina - fortepian i instrumenty klawiszowe, Antka Dębskiego - kontrabas, Grzegorza Nadolnego grającego na pięciostrunowej basówce, a także innych kolegów muzyków, którym pozostawiłem wolne miejsca do nałożenia solówek i tematów - myślę o Jarku Śmietanie i Leszku Szczerbie z Krakowa. To co już jest gotowe, nagrałem w sali koncertowej Filharmonii Pomorskiej, korzystając z przychylności jej dyrektora - pani Eleonory Harendarskiej, która udostępniła mi tę wspaniałą akustycznie salę za opłaceniem kosztów własnych - efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania i nagrania, co jest zasługą sali, brzmią wspaniale. Udało mi się namówić Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Miejskiego w Bydgoszczy na częściowe sfinansowanie nagrań. Poza tym dużo ostatnio grałem z Januszem Muniakiem, Bradem Terry, a obecnie koncertuje co nieco ze swoją mini orkiestrą City Jazz Trio, z którą wybieram się na początku lipca na festiwal miejski w Wilhelmshaven w Niemczech.
JF: Porozmawiajmy jeszcze o Pelcu - perkusiście. Twoja gra przywodzi mi na myśl Arta Blakeya, Carla Allena. Chodzi tutaj nie tyle o sposób prowadzenia frazy, ile raczej o koncentrację energii.
JP: Nie wiem jak jestem odbierany i trudno mi o tym mówić. Chciałbym grać po swojemu. Mam takie marzenie, że kiedyś będę rozpoznawalny, będę miał własny styl gry. Jestem na początku drogi. Dopiero niedawno założyłem swój pierwszy zespół i wszystko przede mną. Absolutnym gigantem jest dla mnie Al Foster, każdy jego dźwięk mi wchodzi. Podobają mi się muzycy o silnych osobowościach, właśnie tacy jak Foster czy Elvin Jones. Tych gości można rozpoznać po kilku taktach - nawet jak ktoś wyrwie człowieka z głębokiego snu o czwartej nad ranem. Kiedyś byłem zafascynowany Steve Gaddem - napisałem nawet na jego temat pracę dyplomową - ale mi przeszło.
JF: Bywa czasem, że muzycy mają takie miny, jakby kazano im grać za karę. Obserwując ciebie odnoszę wrażenie, że muzykowanie sprawia ci ogromną radość. Za bębnami jesteś swobodny, uśmiechasz się...
JP: To jest naturalne. Jak mi nie idzie, nie umiem się uśmiechać na siłę. Jak jest fajne granie, są dobre fluidy i wszystko jest w porządku - wtedy jest uśmiech i po prostu dobra zabawa. Ja lubię grać. Muzyka to dla mnie nie tylko zawód, ale i przyjemność. Zawsze chciałem być perkusistą. Już jako kilkuletni chłopiec obtłukiwałem garnki w domu.
FRAGMENT TEKSTU W CZARNEJ RAMCE WYTŁUSZCZONEGO PRZEZ JAZZ FORUM:
Staram się być otwarty na to, co się dzieje w muzyce, dużo słucham - nie tylko jazzu, ale również muzyki klasycznej... Lubię każdą dobrą muzykę. Uważam natomiast, że nie powinno się mylić gatunków. Tak samo jak nie wolno mylić kiperowi wina czerwonego z białym, muzyk fachowiec nie może wkładać wszystkiego do jednego wora.